25-09-2011   Miłosz Węglewski/Newsweek

Rynek można pokonać

Nie kupuj akcji, kupuj spółki - radził Peter Lynch, jeden z najsłynniejszych inwestorów na Wall Street, spec od analizy fundamentalnej

Mali inwestorzy wcale nie stoją na straconej pozycji w rynkowej rywalizacji z potężnymi funduszami inwestycyjnymi. Przeciwnie. To oni mają większe szanse pomnażania pieniędzy. Bo są bardziej elastyczni i mogą lokować kapitał w małe i atrakcyjne spółki, którymi tuzy rynku się nie interesują, lub w które inwestować nie mogą, z racji zbyt małej płynności ich akcji. Indywidualni inwestorzy nie są też zniewoleni przez biurokratyczne procedury, obowiązujące w funduszach tak jak we wszystkich korporacjach, ani nie żyją pod presją krótkoterminowych zysków, które efektownie wyglądają w broszurach reklamowych, i którymi fundusze walczą o klientów. Przekonujące? Owszem. Zwłaszcza, że opinie te, zawarte w książce "Beating the Street" (w polskim wydaniu "Pokonać giełdę" ), pochodzą od mistrza w dziedzinie zarządzania funduszami inwestycyjnymi, Petera Lyncha.

Może dlatego ta najsłynniejsza z jego książek stała się dla drobnych inwestorów prawdziwą biblią inwestowania, przynosząc Lynchowi większe nawet uznanie, niż jego dokonania jako menedżera Fidelity Magellan Fund. Choć i te są imponujące. Lynch, obejmując w 1977 r. stery funduszu, zaczynał od skromnych 18 mln dol. aktywów, które w ciągu 13 lat powiększył do ponad 14 mld dol. W skali roku osiągał w tym czasie średnio 27 proc. stopę zwrotu,  prawie dwukrotnie większą od średniej zwyżki głównego indeksu Wall Street - S&P 500. Oznacza to, że powierzając Magellan Fund 1 000 dol., po trzynastu latach mielibyśmy na koncie ponad 280 tys. dol. Można pomarzyć. Chociaż Lynch ma w swoim dorobku jeszcze bardziej spektakularną inwestycję i to jako młodzieniec. 700 dol, które zarobił na napiwkach za noszenie kijów do golfa w klubie pod Nowym Jorkiem, zainwestował w 1958 roku w akcje firmy transportowej Flying Tiger. Kilka lat później, gdy w czasie wojny w Wietnamie firma zarobiła krocie na dostawach amerykańskiego sprzętu, Lynch odsprzedał jej papiery po cenie ponad 80 razy wyższej. Sam przyznaje jednak, że miał wtedy więcej szczęścia niż rozumu. Od tej pory stawia już tylko na rozum oraz skrupulatną analizę wartości i perspektyw spółek w które inwestuje. A liczących na szczęście w grze na giełdzie odsyła do pokera. - Inwestowanie bez analiz to jak gra w pokera bez patrzenia w karty - to jedno z jego ulubionych powiedzeń.

Lynch nie uważa się przy tym za alfę i omegę inwestowania. Przyznaje, że nigdy nie miał żadnej sformalizowanej strategii ani cudownej recepty na zyski. Szansy na nie szukał w dokładnym poznaniu i zrozumieniu biznesu spółki, w którą zamierzał inwestować. - Inwestuję tylko w firmy, których pomysł na biznes umiałbym narysować kredką. Wolę stawiać na producentów slipek niż satelitów komunikacyjnych - żartował. Ale tylko trochę. Na trop spółek wartych zainteresowania często wpadał w sposób tyleż niekonwencjonalny, co prozaiczny. Gdy widział jak trójka jego dzieci zajada się płatkami śniadaniowymi firmy X i nie chce żadnych innych, a żona i jej koleżanki nie mogą się nachwalić rajstop marki Y, natychmiast brał ich producentów pod lupę. Wertując raporty finansowe, analizując biznesplany i perspektywy rozwoju, wydzwaniając do członków zarządu, przyglądając się poczynaniom konkurentów. Słowem, przeprowadzając rzetelną analizę fundamentalną, która stała się jego znakiem rozpoznawczym.

Inne metody inwestowania, abstrahujące od badania fundamentów i wartości spółek, z góry odrzucał. Timing, czyli wypatrywanie punktów zwrotnych w notowaniach akcji oraz polowanie na ich górki i dołki cenowe, uznawał za hazard, a nie inwestowanie. Lekceważył analizę techniczną, próbującą przewidzieć trend notowań na podstawie formacji tworzących się na wykresach kursów akcji, uważając ją za zaklinanie rzeczywistości. Co ciekawe, nie był też zwolennikiem prognoz makroekonomicznych, twierdząc że zachowaniem gospodarek rządzi zbyt wiele trudnych do przewidzenia czynników i ryzyko popełnienia błędu jest zbyt duże. - Bardzo chciałbym przeczytać wydanie Wall Street Journal z połowy przyszłego roku i zapłaciłbym za nie nawet 2 dolary drożej. Ale nie chcą mi go dostarczyć - dworował sobie. Za stratę czasu uważał też prognozowanie  czasu trwania okresów prosperity bądź recesji, a w ślad za tym hoss i bess, które zwykle zaczynają się kończą w najmniej spodziewanym momencie. Zresztą bessy, a nawet krachu nie traktował jako fatum dla inwestora. Przeciwnie. Widział w nich okazję do napełnienia portfela tanimi akcjami wartościowych firm, które łatwiej poradzą sobie z kryzysem, szybciej odrobią straty, i które w dłuższej perspektywie rynek zawsze doceni. Bo dla Lyncha, poza kondycją finansową, dobrym zarządzaniem i perspektywami spółki, kluczowy był długi, przynajmniej kilkuletni horyzont inwestycji. - Kto potrzebuje pieniędzy w perspektywie krótszej niż rok, w ogóle nie powinien inwestować w akcje - przekonywał.

Przy wyborze spółek do portfela nie stosował żadnego szablonu. Omijał tylko firmy o trwale kiepskiej kondycji finansowej, przewartościowane spółki z modnych branż, a także te najmniejsze, których jedynym atutem są ambitne plany, jakich wciąż nie udaje się zrealizować. Interesowały go blue chipy - duże, stabilne biznesy, z regularnie wypłacaną pokaźną dywidendą - choć traktował je raczej jako polisę bezpieczeństwa dla swego portfela. Preferował natomiast mniejsze spółki, zwłaszcza te z niszowych, często zapomnianych przez analityków branż, a według niego całkiem obiecujących. Nie bał się też inwestycji w firmy znajdujące się w przejściowych kłopotach, a przez to nisko wycenianych przez rynek, mające jednak przekonującą strategię ich pokonania i korzystne perspektywy.

Ostateczną decyzję podejmował jednak po analizie fundamentalnej, będącej kluczem do wyceny wartości spółki. Kupował tylko te, które rynek wyceniał poniżej tej wartości lub te, których wycena była już godziwa, ale jednak nie uwzględniała poprawiających się perspektyw danego biznesu. Jednym z podstawowych narzędzi był dla Lyncha wskaźnik C/Z (cena akcji w relacji do przypadającego na nią zysku netto spółki za poprzednie 12 miesięcy), pozwalający ocenić, czy spółka jest niedowartościowana czy przewartościowana. Generalnie uważał, że wskaźnik ten powinien odpowiadać rocznej dynamice zysków firmy, a więc oscylować wokół 15 jeśli rosną one w tempie 15 proc. Wyraźnie niższy wskaźnik powinien być zachętą do kupna akcji, znacząco wyższy zniechęcać, nawet jeśli firma jest naprawdę dobra. Dużą wagę przywiązywał też do zadłużenia spółki, uważając że w najlepszych kapitały własne powinny być dwu-, trzykrotnie wyższe od zaciągniętych kredytów. Jeśli proporcje są dużo gorsze, inwestycja jest zbyt ryzykowana. Bacznie też śledził ewolucję poziomu jej zapasów - ich znaczący wzrost uważał za dzwonek alarmowy, sygnalizujący spadek popytu na produkty spółki.

Lynch uważał, że inwestowanie na podstawie rzetelnej analizy fundamentalnej wcale nie wymaga od inwestora ponadprzeciętnej wiedzy ekonomicznej. Konieczna jest natomiast dyscyplina, konsekwencja, pracowitość i sporo wolnego czasu. Jeśli go brakuje, to powinno się raczej powierzyć pieniądze specjalistom. Bo inwestowanie nie znosi pośpiechu i prowizorki. 

Polecamy również 

Rynek można pokonać  - artykuł z Newsweeka w wersji pdf

Zobacz również

Kobieta na parkiecie

Podobno giełda to męska sprawa. Ale najważniejsze w inwestowaniu cechy...

Graj przeciw rynkowi

Skrajny pesymizm na giełdzie to najlepszy czas na zakupy akcji...

Nie walcz z trendem

Trend na giełdzie trwa tak długo, aż wystąpią bardzo wyraźne...

Rynek pod lupą

Inwestor bez dokładnej strategii działań jest jak generał bez planu...

Covered Call

Strategia Covered Call to jedna z popularniejszych i najprostszych strategii...

Inwestuj jak Graham

Nie kupuj na giełdzie optymizmu ani pesymizmu. Patrz na liczby...

Biurowce znów na topie

Spółki deweloperskie najgorsze czasy mają już za sobą. Teraz muszą...

Moc i potencjał w bankach

Na atrakcyjność sektora bankowego wpływa co najmniej kilkanaście czynników. Specyficzne...

Połakomić się na spożywcze akcje

O ile jeszcze cztery lata temu ponad połowę zysków firm...

Testy

Sprawdź
swoją
wiedzę

Zdobywaj
nagrody

Hasło dnia

PRYWATYZACJA POŚREDNIA

Prywatyzacja pośrednia, polega na zbywaniu należących do akcji/udziałów w spółkach w jednym z następujących trybów: oferta ogłoszona publicznie, przetarg publiczny, negocjacje podjęte na podstawie publicznego zaproszenia, przyjęcie oferty złożonej przez podmiot ogłaszający wezwanie, aukcja ogłoszona publicznie, akcji na rynku regulowanym. Zanim zainicjowany zostanie proces prywatyzacji pośredniej, musi zostać przeprowadzona komercjalizacja przedsiębiorstwa państwowego, polegająca na jego przekształceniu w jednoosobową spółkę Skarbu Państwa. Przed rozpoczęciem prywatyzacji pośredniej, Minister Skarbu Państwa. Wyboru trybu dokonuje Minister Skarbu Państwa, biorąc pod uwagę w szczególności stopień skomplikowania planowanej transakcji, a także wielkość i kondycję ekonomiczno-finansową spółki. Dopuszczalne jest zbywanie Skarb Państwa posiada nie więcej niż 25% kapitału zakładowego.

Słownik